Team TWR to grupa ludzi, których łączy jedna pasja- kolarstwo górskie. Różnice wiekowe nie mają tutaj większego znaczenia, wręcz są nieistotne. Jednak nigdy by nie powstał gdyby nie Michał Wandor z Natalią. Ogromna wiedza Michała i pogoda ducha Natalii sprawiają iż jest to więcej niż tylko team. Dlatego w tym miejscu pozwolę sobie podziękować w imieniu wszystkich za to że mamy możliwość jeździć razem z Wami. Pod „banderą” TWR.

MUROWANA GOŚLINA 2012

Nigdy nie lubiłem pisać wstępów. Zawsze sprawiało mi to nie lada problem, co prawda szkołę mam już dawno za sobą ( bo tam właśnie pisałem ostatni „wstęp”), ale muszę Was jakoś  zachęcić do przeczytania poniższej relacji…

Nowy sezon, nowe cele, nowe twarze, nowe koszulki. Nawet kalendarz maratonów uległ zmianom. Innymi słowy same nowości. Na szczęście team jest ten sam.

 

 

Pierwszy przystanek na mapie to Murowana Goślina niedaleko Poznania. Swoją drogą zachęcam wszystkich do odwiedzenia tego miasta i spróbowania słynnych rogali św. Marcina. Ale wróćmy do meritum. W niedziele rano udaliśmy się do Murowanej. Oczywiście przywitał nas wiatr, deszcz oraz temperatura oscylująca w okolicach 6-7 oC – rewelacja. Chciałbym zaznaczyć że od tega miejsca będę opisywał ten maraton jak i kolejne z mojego subiektywnego punktu widzenia. No to zaczynamy.

Profil trasy jak i jego trudność  oznaczona jako 1 w skali od 1-6 wskazywała na to że będzie to  bardzo prosty maraton  – nic bardziej mylnego, ale o tym później…  Wybiła 11. Start. Wszyscy team’owicze zniknęli gdzieś z przodu. To nic zostało jeszcze 73 km, część na pewno  dogonię. Trasa biegła między polami, była szeroka i piaszczysta, bardzo piaszczysta. Przez pewien czas jechałem z kolegą, on jednak poważniej potraktował przygotowanie do sezonu ( tak jak i cała reszta)  i z lekkością na każdym metrze odjeżdżał co raz dalej. Tak dobrze mu to szło że w pewnym momencie straciłem go z pola widzenia. Ale to nic dogonię go… Kilometry mijały czas również. Zrobiło się ciekawiej, pojawił się las, rzeka i całe morze piachu. Szeroka piaszczysta droga zmieniła się w wąską ścieżkę, momentami bardzo błotną ścieżkę. Jak to często bywa w takich sytuacjach, co pewien czas tworzyły się zatory. Można było usłyszeć „uwaga staję” i wszyscy znajdujący się za owym zawodnikiem bądź zawodniczką,  również musieli się zatrzymać. Tak przynajmniej było z tyłu stawki, gdzie się znajdowałem. Niezrozumiałe dla mnie było zsiadanie z roweru przed drewnianymi kładkami zrobionymi specjalnie na potrzeby maratonu.  Ich celem było ułatwienie przejazdu, ale niestety grupa, w której się znajdowałem była zupełnie innego zdania i po raz kolejny można było usłyszeć „uwaga, zsiadam”…

Sił co raz mniej, a do końca jeszcze ponad połowa drogi. No nic jakoś dam radę. Koledzy i koleżanka już są z pewnością bardzo daleko. Pogodziłem się już z faktem że ich nie dogonię. W tym momencie zaczęła się walka o przetrwanie. Całe szczęście że jadą jeszcze jacyś ludzie – jakoś tak przyjemniej. Na horyzoncie ukazał się rozjazd. Mini à meta, Mega à ciąg dalszy. Szybka decyzja. Jadę dalej. Przy rozjeździe był na szczęście bufet. Pare pomarańczy, butelka Powerade’a i jadę dalej. Tylko że jadę już sam. Byłem chyba ostatni w stawce Mega, pozostali ludzie, o których wspominałem powyżej  jechali dystans Mini i pojechali w kierunku mety. Motywacja została przy rozjeździe, a rywalizować nie było z kim – nie było nikogo za mną a co dopiero przede mną. Dwa łyki żelu i „probówka” z Gutarem dodały mi sił. Żwawo pokonywałem długie proste odcinki ( tak mi się przynajmniej wydawało), niestety mój licznik nie był tego samego zdania.  Kilometry przybywały w żółwim tempie a na domiar złego pojawiła się jakaś górka, pod która trzeba było podjechać z każdej możliwej strony. I Tam właśnie udało mi się wyprzedzić 3 osoby. Postanowiłem wykorzystać resztki sił by oddalić się jak najdalej moim rywalom.  Licznik wskazywał 69  pokonanych w bólu kilometrów. Zostały już tylko 4 km. Rewelacja. 5 minut później zobaczyłem znak na drzewie informujący iż do mety zostało… 5 km!! Wierzcie mi, ode chciało mi się wszystkiego. Nie miałem już sił, ale poczułem oddech przeciwników na swoich plecach i jakimś cudem nie dałem się dogonić. Dojechałem do końca.

W tym miejscu chciałbym pogratulować wszystkim, którzy ukończyli ten maraton.  Nie był lekki i przyjemny.  Był długi, męczący, piaszczysty, zimny i mokry. Ale na mecie to już nie ma znaczenia. I to właśnie jest najpiękniejsze. Do następnego razu.

PS. Poniżej znajdziecie tabelę z wynikami oraz galerię zdjęć