Team TWR to grupa ludzi, których łączy jedna pasja- kolarstwo górskie. Różnice wiekowe nie mają tutaj większego znaczenia, wręcz są nieistotne. Jednak nigdy by nie powstał gdyby nie Michał Wandor z Natalią. Ogromna wiedza Michała i pogoda ducha Natalii sprawiają iż jest to więcej niż tylko team. Dlatego w tym miejscu pozwolę sobie podziękować w imieniu wszystkich za to że mamy możliwość jeździć razem z Wami. Pod „banderą” TWR.

ZŁOTY STOK 2012

W sezonie rowerowym bez dwóch zdań występuje zjawisko dylatacji czasu. Nie mam pojęcia gdzie uciekły 3 tygodnie od ostatniego maratonu. Ale tak to już jest. Zima oraz jesień trwa całą wieczność, natomiast wiosna/lato ucieka w szalonym tempie. No dobra, koniec tego narzekania – przenieśmy się do Złotego Stoku…

Od samego rana świeciło słońce. Teoretycznie nie ma w tym nic dziwnego - w końcu jest maj, z tym że zazwyczaj maratonom towarzyszy deszcz, wiatr i niska temperatura. Na „starcie” byliśmy dosyć wcześnie bo około godziny 9. Po raz pierwszy mogliśmy się właściwie przygotować. Napisałem po raz pierwszy ponieważ zazwyczaj pojawiamy się dosyć późno. Niewyspani i „zmęczeni”. Tym razem będzie inaczej. Ostatnią kompromitację potraktowałem poważnie i trenowałem przez te kilka tygodni.

Dochodziła godzina 10, czyli start GIGA. Dwóch zawodników TWR wybrało właśnie ten dystans. I za to wielki szacunek. Pozostali mieli jeszcze godzinę do startu. Czas mijał szybko, o czym wspominałem już na początku tej relacji. W powietrzu było czuć adrenalinę oraz BenGay’a. A to oznacza jedno. Kilka minut do startu. Z głośników słychać Fragma Toca’s Miracle. Zatem 3, 2, 1, start.

Jest bajka. Świeci słońce, są kibice, czego chcieć więcej. 8 km podjazdu na dzień dobry trochę mnie przerażało, ale nie było tak strasznie. Mało tego wyprzedzałem ludzi pod górę, w tym jednego zawodnika TWR. Strach pomyśleć co robią pozostali koledzy, którzy są w duuużo lepszej formie. Jechało mi się tak dobrze że nie zauważyłem kiedy skończył się podjazd i zaczął zjazd w dół. A ten był rewelacyjny. Wąskie ścieżki, później szersza droga z kamieniami, czasem uskok, jakaś błotna kałuża, bufet nr 1. Zaraz bufet ? Już ? No niestety zjazdy mają to do siebie że strasznie szybko się kończą. Pare pomarańczy, kubek napoju izotonicznego, suszone banany i mogę jechać dalej. Tego samego niestety nie mógł powiedzieć mój brat, który musiał zakończyć maraton z powodu usterki amortyzatora. Ta była na tyle poważna że uniemożliwiała dalszą jazdę. Podczas mojej regeneracji sił w bufecie zawodnik TWR, którego wyprzedziłem wcześniej odzyskał prowadzenie. Miał kilka minut przewagi, ale może uda mi się go ponownie dogonić. Dla „odmiany” trasa po raz kolejny pięła się w górę. Ten podjazd miał też parę ładnych kilometrów. Z tym że dla odmiany trasa biegła szeroką drogą na otwartej przestrzeni. Zrobiło się gorąco, na szczęście bukłak na plecach był pełny i dało się wytrzymać. Po kilkunastu minutach podjazdu, pojawił się Maciek (zawodnik TWR) na horyzoncie. Dodało mi to „skrzydeł” i z łatwością udało mi się go dogonić, a później wyprzedzić. Jest dobrze. W oddali widać już koniec podjazdu – będzie zjazd. Ten był wyjątkowo prosty i szybki w przeciwieństwie do poprzedniego. Licznik wskazywał ponad 50 km/h. Z łatwością wyprzedzałem kolejnych zawodników. Przez pewien czas jechałem sam, aż w końcu zobaczyłem innego zawodnika przed sobą ( tak przynajmniej mi się wtedy wydawało). Zasygnalizowałem manewr wyprzedzania, krzycząc zawczasu UWAGA oraz LEWA WOLNA. Wszystko szło zgodnie z planem do czasu kiedy Pan znajdujący się przede mną postanowił zmienić tor swojej jazdy. Żeby było śmieszniej wybrał ten sam, którym zbliżałem się do niego z bardzo dużą

prędkością. Wówczas miałem dwa wyjścia: wjechać w niego bądź spróbować go wyprzedzić. Wybrałem bramkę numer dwa. Niestety ZONK. W trawie była koleina, której nie zauważyłem. Chwilę później leżałem na ziemi. Rower był oddalony ode mnie o kilka metrów. A Pan, który spowodował ten wypadek „uciekł” z miejsca wypadku, nie podejrzewam żadnego z uczestników maratonu o takie zachowanie, ponieważ siedząc z boku trasy wielu zawodników oraz zawodniczek pytało czy nie potrzebuję pomocy. Za co bardzo Wam dziękuję. Po chwili wsiadłem na rower i chciałem jechać dalej. Niestety nie było to już możliwe. Nie byłem w stanie chwycić kierownicy. Stłuczenie lewej dłoni było na tyle poważne że zostałem zmuszony do spaceru z rowerem do kolejnego bufetu. Spacer był dosyć długi, bo miałem do pokonania 4km. Po drodze minęły mnie wszystkie osoby, które udało mi się wyprzedzić wcześniej. Byłem na siebie zły, bo już dawno nie jechało mi się tak dobrze. Ale przynajmniej mogę iść o własnych siłach. W końcu są gorsze tragedie. Półtorej godziny minęło i moim oczom nareszcie ukazał się bufet. Dzięki organizatorowi mogłem wrócić na metę samochodem dostawczym razem z obsługą bufetu. Czekałem na to parę godzin, ale alternatywne rozwiązanie tj. 19 kilometrowy „spacer” nie wchodził w rachubę. W tym miejscu pozdrawiam obsługę bufetu oraz Pana strażaka.
Dzięki Nim czas leciał dużo szybciej i nie myślałem o mojej dłoni. A ta robiła się większa i bolała co raz bardziej. Byle by wydobrzała przez te dwa tygodnie poprzedzające maraton w Wałbrzychu. Nie może mnie tam zabraknąć. Najdłuższy tunel kolejowy, SOK’isci. Oj będzie się działo…

Po paru godzinach dotarłem na metę w jednym kawałku. Teraz jeszcze tylko 260 km do Krakowa.